Top

To już rok! :)

8 listopada 2016 roku, dokładnie o godzinie 17:08 na świecie pojawiła się Gabrysia. To już rok od kiedy nasza rodzina awansowała do 2+2. Jak to szybko zleciało 😃… Z perspektywy czasu trudno uwierzyć, że rok temu nie mogliśmy odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Oj działo się wtedy działo, a teraz… wszystko wydaje się takie proste :).

 

 

A zaczęło się…

 

 

A zaczęło się od ktg w szpitalu na inflanckiej. Pamiętam to jak dziś, było zimno, w ruch poszła kurtka zimowa, na dodatek Zuza złapała jakiegoś wirusa i siedziała w domu. Spakowałam całą księgę badań z przebiegu ciąży, dałam buziaka Zuzi i mojemu R i powiedziałam, widzimy się niedługo. Choć podświadomie czułam, że na tym badaniu coś się wydarzy i do domu szybko nie wrócę. Serio, czułam, że scenariusz “szybkie ktg i po sprawie” nie wchodzi w grę. No i faktycznie.
Pierwsze 10 minut bomba, pielęgniarka szczęśliwa, a ja pełna nadziei, że pomimo złego przeczucia za chwilę odepną mnie od kabli. Nagle Gabrycha zaczęła swój taniec w brzuchu i nijak nie dało się tego zatrzymać. Ciśnienie zaczęło skakać, a ja zostałam poproszona,, żeby dziecko jakoś uspokoić. Ale nie dało się. Jak później spojrzałam na zegarek, wiedziałam już, że to po prostu jej pora harcowania. O czym zresztą poinformowałam pielęgniarkę, ale już nikt mnie nie słuchał. Zostałam poproszona o przejście na izbę przyjęć i tam miałam być podłączona jeszcze raz do ktg. Ale znowu było to samo. Wiadomo, nie mam do nikogo pretensji. Względy bezpieczeństwa dla dziecka są tutaj najważniejsze. Ale zdanie: „zatrzymujemy Panią na oddziale” wywołało u mnie wybuch płaczu i lawinę pytań, “ale jak to”… “dlaczego”… Potem nagle mnie coś tchnęło. Deja vu. Z Zuzią miałam podobną historię – niby tylko KTG a zostałam do dnia rozwiązania. Z tym że tam już byłam po terminie. W tym przypadku brakowało siedmiu dni do przekroczenia magicznego 40 tygodnia.

 

 

 

 

 

Tylko się nie denerwuj

 

 

Proszono mnie, żebym się nie denerwowała i że pewnie jutro albo pojutrze będę wypisana. Tylko jak tu być spokojnym, kiedy w domu czeka chore dziecko i liczy na to, że wrócisz i utulisz do snu… To była dla mnie tragedia. Emocje wzięły górę. Szlochanie, płacz, choć próbowałam sobie wbić do głowy, że przecież to dla dobra drugiego dziecka. Mijał dzień za dniem, a ja ciągle w szpitalu, za to w domu Zuza z Tatą dzielnie walczyli z chorobą. Codziennie miałam robione 4-5 ktg i było ok, aż do momentu kiedy zapadała decyzja, że może uda mi się wyjść do domu. Widziałam światełko w tunelu, ale gdzie tam… Po podłączeniu do ktg nagle ciśnienie w górę, Gaba szalała w brzuchu i wracałam do punktu wyjścia. Tydzień w szpitalu minął na tęsknocie, prawie codziennym płaczu i ciągłych myślach, że ja tu nie chcę być, że chcę do domu. W tym czasie w pokoju przewinęło się kilka Pań. Co jeszcze bardziej mnie dołowało. One albo już mają maluszka w rękach, albo wracają do domu, a ja ciągle w tym samym miejscu.

 

 

 

 

Ale lekarz był nieugięty: mam zostać aż do rozwiązania. Drugi tydzień w szpitalu był jeszcze gorszy niż pierwszy. Nie dość, że Zuzka w domu chora (choć powoli wracała do zdrowia), to jeszcze ja zamknięta i wiecznie oczekująca. Dobrze że dzielny Tata dawał sobie radę z naszą kochaną chorowitką. Starał się również codziennie choć na chwilę do mnie wpadać, bo wiedział, że moja psychika już siada. Podtrzymywał mnie na duchu, tłumaczył, wbijał do głowy pozytywne myśli, a nawet gadaliśmy o duperalach. Wtedy choć na chwilę zapominałam o całej tej sytuacji. 14 dni w szpitalu minęło na robieniu ktg i łażeniu w kółko po korytarzu – czułam się jak więzień. No ale co zrobić, tak miało być. Czekałam na swoje rozwiązanie.

 

A ja ciągle czekam

 

 

W przeciągu tych 14 dni odwiedziłam salę przedporodową trzy razy, bo od czasu do czasu Gabrycha dawała o sobie znać i wtedy ciśnienie bardziej skakało. Niezmiernie mnie cieszyło chodzenie tam, bo w końcu coś zaczynało się dziać. Pojawiało się światełko w tunelu, że może wyjdzie Gabrysia i szybko wrócimy do domu. A gdzie tam, po kilku godzinach leżenia pod ktg, wracałam do swojej sali i dalej czekałam.

 

 

 

 

W końcu po 14 dniach decyzja lekarza: zaczynamy działać. Zaczęło się od balonika (w pierwszej ciąży zadział i Zuzia szybko pojawiła się na świecie), w przypadku Gabrysi nic się nie wydarzyło. Potem miałam wyznaczony dzień na oksytocynę. Spakowana, pełna nadziei, rano szłam na podłączenie. I tak pod ktg i kroplówką z oksytocyną leżałam sobie na sali przedporodowej. Poczułam że w końcu się zaczyna 😄 w końcu usłyszałam od lekarza upragnione jedziemy na porodówkę. Zadzwoniłam do R. że rodzę i że niech wpada do mnie. Zaczęło się wszystko koło 14, a o 17:08 Gabrysia była już z nami. Położną miałam cuuudowną. Młoda dziewczyna, ale baaardzo wspierająca. Przychodziła co 5-10 minut i sprawdzała, czy wszystko ok, podpowiadała, jak się najlepiej ułożyć w wannie. Mimo że dyżur miała skończyć o 15, została ze mną do końca. Mąż również stanął na wysokości zadania, zresztą tak jak przy pierwszym porodzie. Dał radę chłop!

 

 

Nareszcie!

 

 

Teraz to już tylko 2 -3 dni w szpitalu. Jak będzie ok to wypis i do domu! Ooo matko! jak ja się cieszyłam, że wróciłam do swoich czterech ścian. Zuzia przeszczęśliwa, skakała z radości. Ale była bardzo dzielna i dzielnie brała z pomocą Taty lekarstwa, dzięki czemu gdy już wróciłyśmy, była zdrowa. Tata również stanął na wysokości zadania. Dawał sobie radę z chorą trzylatką i wszystkimi obowiązkami, jakie się z tym wiązały. Pomagała również babcia, która zostawała z Zuzią, żeby R. mógł do mnie wpadać i zająć się pocieszeniem. Przez te 2,5 tygodnia wszyscy byli postawieni w stan gotowości. Lekko nie było, ale udało się!

 

 

I co równie ważne, położne – czy to na oddziale patologii ciąży czy na porodówce trafiałam na wspaniałe kobiety oddane pracy i chętne do pomocy. Bardzo wspierały mnie również w przeciągu tej 2,5 tygodniowej rozłąki, za co bardzo dziękuję😘😘😘. Odwalają kawał dobrej roboty!

 

A ja za to mam wspaniałe dwie gałganice, które kocham najmocniej na świecie. Czego chcieć więcej od życia? 😄

 

 

Gabrysia, długo trzeba było na Ciebie czekać i nie ułatwiałaś tego oczekiwania tuż przed narodzinami. Ale wiedz, że jesteś naszym małym słoneczkiem, naszym drugim oczkiem w głowie, cudowną córeczką, wspaniałą młodszą siostrą. Sto lat Kochanie 🙂 Rośnij duża i szczęśliwa i wiedz, że masz Mamę, Tatę i starsza siostrę, którzy mocno cię kochają i nie wyobrażają sobie już życia bez Ciebie!!!

No Comments

Post a Comment