Top

Wyjątkowy post! POZNAJCIE MNIE LEPIEJ :)

Dziś są moje urodziny. Które to już? Z przykrością muszę stwierdzić, że coraz głębiej wchodzę w trzydziestkę, dodając kolejne dwa latka. Jejku, jak ten czas leci:( Zdecydowanie za szybko. No ale nie ma co biadolić, czasu się nie cofnie, za to zawsze można spełnić swoje marzenia, nadrabiając teraz albo w najbliższym czasie. Ale skoro to moje święto, postanowiłam stworzyć nietypowy wpis. Trochę samolubny, poświęcony mojej osobie, ale przynajmniej daleki od narcyzmu, którego nie trawię. Chcecie poznać mnie nieco bliżej? Na pewno chcecie 😉

 

Urodziłam się 4 września 1985 roku i jestem spod znaku panny.

 

Jestem osoba leworęczną i nieeee, nie mam zdolności matematycznych (chyba że jeszcze ich nie odkryłam).

 

Gdy w zerówce stawiałam swoje pierwsze kroki z pisaniem, jako jedyna nie mogłam pisać piórem, bo wszystko sobie rozmazywałam. Kiedy inne dzieciaki pisały piórami kulkowymi z podobiznami myszki miki albo kaczora Donalda (w tamtych czasach to był szał ciał), ja korzystałam z pomarańczowych długopisów z niebieska skuwką. Och jak ja ich nie znosiłam!!! Choć teraz muszę przyznać, że na tamten czas to były jedne z lepszych długopisów do pisania.

 

W zerówce, gdy wybijała godzina zero, czyli czas, kiedy moja mama miała po mnie przyjść, a tu zonk i spóźnienie kilkanaście minut, baaa nawet kilka sekund, pojawiał się u mnie ryk…

 

W pierwszej klasie kopnął mnie zaszczyt i jako pierwsza mogłam pisać w zeszycie w jedną linię. Ahh jaka byłam dumna z siebie – to były dobre czasy 😁!

 

Od zerówki aż do końca podstawówki miałam swoją przyjaciółkę od serca. Niestety kiedy każda z nas poszła do innego liceum, nasze drogi rozeszły się. Teraz „na starość” trochę tego żałuję. Trzeba było pielęgnować tę przyjaźń. No ale trudno, wtedy człowiek był głupi.

 

Kiedyś razem z innymi dzieciakami z podwórka cierpiałam na zbieractwo. Wtedy panowała moda na zbieranie karteczek. Do tej pory mam albumy wypchane karteczkami.

 

W klasach 1-3 miałam swoją miłość. Na imię miał Paweł. Choć początki naszej znajomości nie były przyjemne. Przezywaliśmy się prawie na każdej przerwie, ale z czasem to „nielubienie” przerodziło się w przyjaźń i staliśmy się nierozłączeni. Aż do momentu gdy Paweł powiedział mi że się przeprowadza. Co to była za tragedia. Do tej pory mam jego ostatni wpis w pamiętniczku 😍.

 

W podstawówce nie znosiłam matematyki, była to dla mnie katorga. Na dodatek panie, które mnie uczyły, w żaden sposób nie potrafiły zachęcić do nauki. Była jedna nauczycielka z powołaniem ale ona mnie nie uczyła. W pewnym okresie udzielała mi korepetycji i pokazała, że matematyka to nic strasznego, że każde zadanie można rozwiązać i nie wolno od razu załamywać rąk 🙂 Mimo najszczerszych chęci cudownej pani nauczycielki, matematyka nigdy nie trafiła na listę moich ulubionych przedmiotów konikiem.

 

Czasy liceum to cudowny okres, świetna klasa, ojjjj jest co wspominać. Tutaj poznałam swojego męża. Tylko że na szkolnych korytarzach mówiliśmy sobie tylko cześć. W sumie to wyglądało mniej więcej tak, że zawsze chodziłam i plotkowałam z moją koleżanką Anią i kiedy trafiałyśmy na niego, mówił tylko „cześć Ania , cześć Ania”. Z czasem dowiedziałam się, że nie potrafił nas odróżnić bo niby takie podobne do siebie jesteśmy…. eeeeee nieeee!!!! Uwierzcie mi.

 

Nie znoszę prasowania! O matko, jak ja tego nienawidzę! Taaak mam w domu żelazko i deskę do prasowania, ale zarastają kurzem… używane są od wielkiego dzwonu, kiedy naprawdę dana rzecz tego wymaga. Moja rada na nieprasowanie? W momencie, gdy pralka skończy prać, od razu wyciągnij ubrania i rozwieś je na sznurze. Tylko każde ubranie strzepnij porządnie i delikatnie naciągnij. Dzięki temu będą wyglądały jak uprasowane ;).

 

Bardzo lubię zajęcia manualne: lepienie z modeliny, wycinanie, malowanie i łączenie tych wszystkich elementów razem. Obecnie owocuje to choćby przygotowywaniem ozdób na kiermasze przedszkolne. Na ostatnim takim kiermaszu zrobiłam razem z Zuzią coś takiego i … rozeszły się niczym ciepłe bułeczki już pierwszego dnia.

 

 

 

 

Nie znoszę flaków, golonki, wątróbki, żołądeczków i innych podrobów. Bleeeee!!!

 

Czytanie kryminałów o seryjnych mordercach, horrorów to coś co uwielbiam robić wieczorami, gdy dziewczynki idą spaś. Czasami mąż mówi mi, że obawia się czy czegoś nie knuję – biedaczek boi się zasnąć 😂😂😂.

 

Gdy następuje taki dzień, że wszystko mnie wkurza i mam ochotę tupnąć nogą i po prostu trzasnąć drzwiami, zabieram się za sprzątanie, a w szczególności zmywanie jeśli jakieś się trafi. Oj jak to mnie uspokaja. Następuje pełne katharsis.

 

Uwielbiam podróżować! Uwielbiam zwiedzać nowe miejsca, których do tej pory nie widziałam. Szkoda tylko, że fundusze nie zawsze na to pozwalają. W głowie snuje się marzenie o przejechaniu Ameryki wszerz i wzdłuż i odwiedzeniu parku Yellowstone. W końcu pod ziemią znajduje się tykająca bomba w postaci wulkanu, który zgodnie z zapowiedziami geologów być może wybuchnie za te (podobno) kilka-kilkanaście lat. Aaaaa trzeba się spieszyć! No ale skoro pieniędzy dużo nie ma, to zaczęłam zbierać na wycieczkę życia! A żeby choć trochę poczuć się jak w podróży, zakupiłam sobie prenumeratę National Geographic.

 

Uwielbiam torebki, mogłabym je kupować codziennie. No ale niestety, po pierwsze, nie mam tyle miejsca w mieszkaniu, a po drugie, kasy brak. Na szczęście raz na jakiś czas mąż wie jak mi poprawić humorek i na jakieś wyjątkowe okazje dostaję małe cudeńko.

 

Tak jak torebki kocham też książki. Ponieważ z półkami u nas też deficyt, przerzuciłam się na czytnik ebooków i tam powiększam swoją kolekcję książek. Teraz za to spełniam się przy kupowaniu tradycyjnych książek dla dziewczynek. Mój R. zaczyna się powoli załamywać, bo miejsce w pokojach córek nie jest z gumy, no ale przecież dziewczynki muszą się rozwijać!!!

 

Lubię mieć rzeczy zaplanowane. Coś nie idzie po mojej myśli i od razu pojawia się frustracja!!! Opcja spontan bardzo rzadko u mnie wchodzi w grę, co też doprowadza męża do szewskiej pasji, bo on preferuje elastyczność.

 

No dobra, skoro tak wszystko planuję, to pewnie porządek w mieszkaniu panuje. Eee, jakby to powiedzieć, co posprzątam to i tak zaraz bałagan się robi. Nie wiem jak to się dzieje. To wszystko samo się 😜😜😜.

 

Nie znoszę swojej kuchni, która ostatni raz była remontowana kilkanaście lat temu, ale mimo wszystko uwielbiam gotować. W grę wchodzą zarówno tradycyjne potrawy, jak i bardziej egzotyczne, przy których realizacji już samo kompletowanie składników sprawia mi ogromną radochę. Co ważne, mąż jest zadowolony z efektów, więc radość udaje się przekazać dalej :).

 

Z moim R. jesteśmy razem już 14 lat, za to małżeństwem 5.

 

Był taki okres w naszym związku, kiedy nie znaliśmy znaczenia słowa „kłótnia” (naprawdę nie wiem, jak nam się udało wypracować ten błogi stan i nie potrafimy już do niego wrócić). Teraz sprzeczki mniejsze i większe pojawiają się sporadycznie, ale po tym jak opada kurz, któraś strona zawsze wyciąga rękę do drugiej.

 

Gdy się złoszczę, lubię być sama. To zaś wkurza mojego męża, bo on chciałby mi jakoś pomóc, a nie jest w stanie – on chce pędzić na ratunek, a ja wcale nie chcę być ratowana.

 

Swojego czasu, czyli jakieś kilka-kilkanaście lat temu, uwielbiałam grać w gry z serii „The Sims”. Miałam pokaźną kolekcję podstawowych wersji oraz dodatków. Teraz zabawę w simsy mam na co dzień i coraz mniej wolnego czasu, dlatego gry zbierają kurz.

 

To samo tyczy się gier online’owych, którymi kiedyś zaraził mnie mąż. Sporo czasu poświęciłam w „Age of Conan”, a wspólnie z mężem przemierzyliśmy kawał galaktyki w „Old Republic” (miałam nawet mocniejszą bohaterkę niż on), ale to już za mną. Zresztą Robert również zagląda na wirtualne place bojów coraz rzadziej.

 

Uwielbiam tańczyć, ale poza krótkimi epizodami na kursach hip-hopu nie zdecydowałam się iść w tym kierunku. Prawdopodobnie jest to rzecz, której najbardziej żałuję w życiu i nie bardzo mam pomysł jak to teraz nadrobić. 32 lata to trochę za późno, żeby myśleć o karierze tancerki czy występach w „You can dance” 🙁 Na pocieszenie zostało mi bujanie bioderkami przy każdej okazji, kiedy Zuzia zaczyna robić, jak to ona mówi, „szejki pupą” 😉 Przynajmniej jest wesoło 🙂

 

Jestem totalnie zakompleksiona. I nie jest to wynik dwóch ciąży. Zawsze miałam jakieś „ale” do siebie i problem z akceptacją swojego ciała. Nadal zadaję sobie pytanie, co ten mężul we mnie widział i dalej widzi. Wiem, że on szaleje na moim punkcie, widzę błysk w jego oku, za każdym razem, kiedy odkryję trochę ciałka, ale ciągle nie mogę się z tym oswoić. Coś chyba jest ze mną mocno nie tak :P.

 

Ale żeby tak ciągle nie narzekać, bo już mój R. nie może tego słuchać, wzięłam się za siebie. Zwracam uwagę na to co jem i jak jem, a także ćwiczę – staram się te 15-20 minut codziennie poćwiczyć. Wymówki nie wchodzą w grę!

 

Jestem gadżeciarą. Pierdółki to moja specjalność: drobiazgi do kuchni, łazienki, dla dziewczynek 😜. Oczywiście mojego R. odwiecznie to wkurza, bo w domu mnożą się graty, ale ja po prostu lubię eksperymentować z ciekawymi wynalazkami.

 

Ubrania dobieram praktycznie, tak żeby było wygodnie (w końcu z dziewczynami hasam po placu zabaw, czy w domu po dywanie). Jeśli wychodzi seksi to tylko przypadkiem – kompletnie tego nie czuję, a mój R. mocno nad tym ubolewa.

 

Obecnie trwa u mnie wewnętrzna walka: chciałabym rozwijać się zawodowo, ale również chciałabym być idealną mamą dla moich dziewczynek i poświęcić im możliwie najwięcej czasu. W pełni nie da się tego pogodzić, choć mam nadzieję, że znajdę jakiś złoty środek.

No Comments

Post a Comment